Uszło.
maj 31, 2009
Znalazła go na pagórku, pod sosną. Wciąż drżał trochę, nieprzyzwyczajony do dotyku chłodnego wiatru na skórze.
Musiała mu jednak oddać, że dzielnie starał się nie zwracać uwagi na igły z drzewa, które wyściełały tu podłoże i na których teraz leżał.
-Bezwłosy Wilku, nie musisz się dziwić, że tak na Ciebie zareagowali – rzekła.
-Nie dziwię się. Jest mi jedynie chłodno… -odburknął.
-Ludzie często śmieją się z łysiny… – próbowała go pocieszyć.
-Ja nie wyliniałem. Ja się wygoliłem. – głos Wilka przypominał warczenie.
-…Po co?
-Dość miałem dzikości. Odchowali mnie na wilka, zapominając, że nie ma już lasów. Sprawili, że znam się na wyciu i na gryzieniu… Ale nie ma już księżyca, do którego można wyć, ani zwierzyny, którą możnaby łowić. Chciałem…
-Chciałeś się upodobnić? Przecież… Nie ważne, czy będziesz posiadał futro, czy nie – nadal będziesz Wilkiem…
Zmęczone, zielone ślepia spojrzały na nią z czymś więcej, niż tylko przestrachem.
-Wygoliłem się, ponieważ chciałem poczuć, jak to jest, po ludzku, dotknąć skórą skórę… Nie znałem tego wcześniej.
-Wilku…
-Dość! – ryknął, kłapiąc zębami.
Poderwał się na łapy i ruszył gdzieś, przed siebie, starając się, by nikt nie mógł za nim nadążyć…
Warknęło.
styczeń 14, 2009
…Poprawiając znoszoną kurtkę mężczyzna zmarszczył brwi. Najwyraźniej była skórzana, do tego – nieźle pasowała.
Nie przypominał sobie, by kupował skórzaną kurtkę. A wszystko, co kiedykolwiek nosił na sobie – wisiało na nim, jak na wieszaku.
Ale czuł się w niej dobrze. Pasowała. Pasowała, jak mało co. Pasowała też brukowana ulica, na której mężczyzna stał; nachylające się nad nim kamienice, przypominające stare, padlinożerne ptaszydła czychające na okazję; mroźny, zimowy poranek, wyciskający łzy z oczu i niemal je zmrażający; prawie bolesne, białe światło rozpoczynającego się dnia; nawet cieżkie, okute buty, które mężczyzna miał na nogach były – jakby – na miejscu.
Ale coś nie pasowało do tej sceny. Coś wślizgiwało się niepokojąco do świadomości, niczym kłamstwo w wyznanie miłości.
Mężczyzna spojrzał na swoje dłonie. Wykrzywił usta.
Dłonie. Dłonie nie pasowały.
Były duże i masywne. Skóra na grzbietach była nieco zniszczona i popękana, zaś paznokcie ciężkie i zadbane.
Zgrzytnął zębami. To nie były jego dłonie. Jego były drobniejsze. Słabsze.
Z gardła wydobył mu się cichy warkot. Coś niespotykanego. Jakby głos też nie należał do niego.
Dotknął z ociąganiem policzka. Natychmiast rozejrzał się po otoczeniu dzikim wzrokiem.
Szyba wystawowa. Podszedł do niej wolnym, zmęczonym niemal krokiem.
Odbicie…
Odbicie było jego. Lub nie.
To, co widział w szybie było jego twarzą – ale postarzoną o pięc lat, okraszoną kilkudniowym zarostem i dużo bardziej męską. Dużo bardziej paskudną. Dużo bardziej złą.
Nie swoimi dłońmi poprawił długie, przypominające sierśc włosy.
Spróbował uśmiechnąc się na próbę. W szybie, jego sobowtór, wyszczerzył zęby w najgorszym możliwym do wyobrażenia złowrogim uśmiechu.
Mężczyzna wiedział, że nie tak powinien wyglądac.
Potrząsnął głową. Nigdy nie przywiązywał wagi do czegokolwiek. Do tego także nie zamierzał.
Wszystkie szczegóły pasowały do siebie. Miał coś do zrobienia.
Gdyby tylko jeszcze mógł sobie przypomniec, jak się tu znalazł… Albo jak powinien wyglądac… Albo kim właściwie jest…
Powoli odwrócił się, unosząc krzaczaste brwi i uśmiechając się lekko.
Te szczegóły nie były ważne. Miał coś do zrobienia.
I, zapewne, niedługo będzie wiedział, co.
Ruszył przed siebie, w dół ulicy. Wybudowane milenium temu miasto przywitało go jak swego, jak częśc siebie – mimo, iż mężczyzna był wiele młodszy…
…Chyba.
Cisnęło…
styczeń 8, 2009
…daleko.
Orbitujesz. Jesteś tak daleko od czegokolwiek. Rzuciło Cię z taką mocą… A jednak nic Ci się nie stało.
Orbitujesz. Daleko poza światem, poza tym, co znasz. Poza tym co się składało na Ciebie.
Wiesz, że wiele kilometrów pod Tobą, na tym skrawku ziemi panuje zima. Cholerna, okrutna, zmrażająca ślinę w ustach i zamieniająca oczy w kulki lodu zima. Wszyscy narzekają na mrozy – możesz sobie wyobrazic te zmęczone głosy, lekko brzmiące zdenerwowaniem na klimat… Te wzruszania ramionami, zagrzebywanie dłoni byle głębiej w kieszeniach.
Ale tu jest zimniej. Tutaj, wszak, jest próżnia. Tutaj musi byc zimniej. Pewnie jest.
Choc tego nie czujesz… Mógłbyś odczuwac lekką dumę, że nie narzekasz, jak oni.
Ale orbitujesz. Tak daleko od wszystkiego. Od narzekania też.
Ziemia stąd jest jakaś taka szara. Nawet łądnych widoków nie masz.
Jebło.
grudzień 20, 2008
-Oskarżony o gwałt Czesław D. zdecydował się zrezygnowac z obrońcy…
-Opuściłem cień kamienicy, wyciągając wychudłe dłonie podobne szponom w jej stronę…
-Ile można stac pod murem…?
-Jeśli to będzie dłużej trwało, oszalejesz.
-Jasne, że chciałbym żeby to wszystko było lepsze, odpowiednie… Ale jest takie, jakie…
-Ciekawe, czy ktoś mnie pozna, gdy ukryję twarz w tym kapturze…?
-Zamknij się, złaź w dół i rób to tak, jak powinnaś. I będę bardzo niezadowolony, jeśli nie połkniesz.
-Czy jesteś kolejną z tych idiotów, którzy uważają, że hasło “Spit or Swallow” ma podtekst erotyczny? Bo, kurwa, nie ma.
-Móglbyś nakarmic moje ego.
-Uwierzysz, że ta suka powiedziała, że ja… Ja! Niszczę kobiety…
-Wiecznie nawalony, otoczony mgiełką tytoniowego oparu… nie dorastam do opinii o mnie…
-On się znowu schlał…?
-Tam, skad ja pochodzę, załatwiamy to inaczej.
-Chciałbyś wiedziec, co…?
…Bo często faktycznie nie ma…
listopad 22, 2008
“-…Lecz oto spójrz, Tułaczu Wieczny, w ziemi kierunku. Dojrzysz tam, na pustkowiach owianych parzącym wichrem człeka prostego, o szacie powłóczystej, wierzącego, a wiekowego już wielce.
Uszy swe skieruj w stronę ust człeka owego, albowiem wyrzec się on gotuje słowa, które duszę jego opiszą na wieki.
Spoglądaj zatem i słuchaj, Tułaczu Wieczny, ku nauce i poznaniu ludzi, albowiem człek ów rzecze, brodą siwą potrząsając:
-O, Najwyższy, Ty wiesz, czegom wyrzekł się w życiu swem długim. Ty wiesz, że nietrudną i nieznojną była mi posługa Tobie, albowiem natchnąłeś mię mądrością i wiarą niepowstrzymaną, a prostą.
Nigdym nie kwestionował Twych wyborów – tyś ludzi na mej drodze stawiał, jam ich leczył – dusze ich koił, opiekował się nimi, póki w mocy mej to było. Żadnemu nie odmawiałem, wiedziałem bowiem, że to od Ciebie, Najwyższy, pochodzi dar mój rozumienia i współczucia dla innych. Wiedziałem przeto, że dar ten nadałeś mi po to jedynie, bym ludziom na drodze swej pomagał, zgodnie z wolą Twoją.
W końcu, aby nie skrzywdzic nikogo, wyruszyłem na pustynię ową, na której teraz, o Najwyższy, widzisz mię, okiem swym wiecznie otwartym.
I ja teraz, o, Najwyższy prawię, iże pustynię tę, to ja, z całym szacunkiem, pierdolę, życie pustelnicze pieprzę, dzisiaj, po latach siedemdziesięciu jebię całym tym świętojebliwym kramem, idę w miasto, z świętym zamiarem schlania się na umór, zapalenia czegoś mocniejszego i wyruchania przynajmniej kilku skrofulicznych kurew.
A, jeśli nie odwrócisz się ode mnie za tę chwilę, której ja nie uważam za chwilę słabości bynajmniej, jeno za emeryturę, to, proszę, zwróc mi jedyną miłośc mego życia, którą żem zaprzedał i przepomniał, by Tobie wierniej służyc.
Wisisz mi, stary durniu. Po prostu mi wisisz.
…”
Wbiło szpilę.
listopad 17, 2008
-Wiesz, skąd mam te szramy…?
-…A wiesz, skąd ja mam… tą…?
I tak już zdarza mi się wyc, kiedy jestem pewien, że nikt nie słyszy.
Ta sytuacja wystarczyła, żebym przestał się przejmowac, czy ktoś zauważy, że skowyczę…
FaaanService!
listopad 16, 2008
-Jak to jest, poczuc, że ta aura, którą czuliście, potężna, niczym pół planety, to jeden, przepotężny człowiek, który właśnie idzie w Waszą stronę?
-Jak by Ci to powiedziec… Jakby chuj… oklapł.
Więc przybywam, chory, wściekły, zmęczony, zły, nieco podłamany, skłócony i ogólnie mający niezłe predyspozycje do zostania seryjnym mordercą…
Widzę ich…
A ta trójka, zamiast na parę godzin, bierze mnie w niewolę na dwa dni.
…Nawet się, kurwa, nie mogę spokojnie poużalac nad sobą, bo przy nich się nie da.
O, tak. Podrapcie Kulawca za uszkiem. Ooo, właśnie tak.
A cała reszta niech lezie do diabła.
…Czyżby pękło?
listopad 15, 2008
-Dzień później widzę, że się ktoś o mnie modli.
To ładne.
Zawsze myślałem, że to ja się modlę za innych, a tu wychodzi na jaw, że to ja jestem tym żałosnym, za którego modlic się trzeba. Bo jeśli Bóg takiemu nie pomoże, to nikt tego nie zrobi.
Nadejdzie dzień, gdy świat spojrzy w górę, krzycząc “ocal nas”… A ja wyszepczę…
“Nie”.
…”I wszechświat gówno wart…”
listopad 14, 2008
-…No, przestań strzelac miny i mów.
-…
-No?
-Zastanawiam się, czy my mamy jeszcze o czym rozmawiac.
-…Też się tego boję. Czy mamy o czym mówic, poza tym, co nas uwiera, o uczelniach i takich tam…
Mój przyjaciel. Mylił się. My nawet o tym nie mamy po co rozmawiac.
On nie wie, o co zapytac, nie wie, o czym mówic. Bo sprawy, które wysączają się z naszych ust, to mokra wata, nic więcej.
Mój przyjaciel. Kiedy ostatni raz go widziałem? A kiedy ostatni raz czułęm się w jego towarzystwie nieskrępowany?
Zdaje sobie tylko sprawę z tego, że zrobił coś źle. Że spierdolił rzecz i trudno mu z tym. Więc następnego dnia wysyła mi pierwszą od wielu tygodni wiadomośc inną niż “to może za tydzień o 18, czy coś, bo ja inaczej nie mogę”.
Wiadomośc brzmi “Wiesz, co znalazłem? Malwersanta. Chcę drugą częśc”.
O, tak. Chcesz drugą częśc opowieści o Malwersancie i Gburku. O dwóch przyjaciołach.
Nie odpowiadam na wiadomośc. Po części dlatego, że nie mam pieniędzy. Acz głównie…
Staraj się, fiucie. Zostawiłeś mnie, więc teraz Ty się trochę postaraj.
Mój przyjaciel. Papierosy zostawiają gorzki posmak na wargach, gardło gryzie, a brwi już tak często są zmarszczone, że chyba zaczynają się zrastac.
Nie do wiary, jak bardzo naturalne wydaje się trzymanie rąk w kieszeniach, podczas spaceru ulicami.
Mój przyjaciel, kurwa.
Uniosło brew.
listopad 12, 2008
-Zabic Smoka, Uratowac Ksieżniczkę, Ocalic Królestwo, czyli ZSUKOK.
-…
…Pierdolę.