Bal na krańcu końca.
Sierpień 11, 2011
Zaproszenia rozdawali dawno temu.
My wkradliśmy się tylnymi drzwiami.
Drinki, choć je dają darmo, są zatrute.
Gospodarze trują językami.
Wszystkie kurwy na tym balu to wampiry,
Choć myślami nie są zbyt odległe.
W tamtym kącie służba knuje przewrót stanu,
Choć serwują drinki wcale biegle.
Pani domu już pijana, niczym bela,
Topi smutki po odejściu męża.
Żigolaki każdą damę obtańcują.
Nawet tą, co ma w kieszeni węża.
Noc już ciemna, nastrój ciężki, gra muzyka.
Bez haszyszu nie dotrwamy ranka.
Kantem w karty kamerdyner ograł Pana,
Jeszcze tkwi w rękawie asów parka.
Gdzieś tam z boku ktoś ofiarę z duszy złożył.
To stajenny; pewnie to z miłości.
Strażnik moczymordę przemocą wyprasza.
Diabli wiedzą, czemu tak się złości.
W kącie znów artysta wiersze deklamuje,
Co to je skopiował od rywala.
Zaś przy stole piękna księżna wymiotuje.
Z gardła jednostajna leci fala.
Jeden z gości honorowych zdążył przysnąć.
Strasznie znudził go taniec chocholi.
Ale tańczą jeszcze spici dyplomaci,
Żaden się nie przyzna, co go boli.
To nie bal karnawałowy, tępe durnie,
Chociaż każdy maskę ma na twarzy.
Winem leczą się samotni, wódką słabi,
Prawych zaś herbata gorzka parzy.
Stary wojak opowiada swoje dzieje,
Chociaż nikt jego bajek nie słucha.
Zaś hrabina o małżonka rogach prawi.
Będzie z tego niezła zawierucha…
Wie gospodarz, jak cnych gości podejmować,
Wódkę polewają, niby ruczaj.
Ten kawaler żonki cnej i pięknej szuka,
Chociaż dziewic nikt nie widział tutaj.
Wilkołaki wściekłe wyją gdzieś za oknem.
Nie pomyślał nikt, by je zaprosić.
Drzwi ozwały się ogłuszającym hukiem.
Chłopi o dzień wolny przyszli prosić.
Piją, jakby sądny dzień miał jutro nadejść.
Wszyscy, na kastę swą nie zważając.
Hrabia fuzję dzierży, do hrabiny strzela.
Ta ucieka, skacząc, niby zając.