78.

styczeń 25, 2009

-Seks jest jak Coca-Cola.

…Jest wszędzie i jest przereklamowany.

Warknęło.

styczeń 14, 2009

 …Poprawiając znoszoną kurtkę mężczyzna zmarszczył brwi. Najwyraźniej była skórzana, do tego – nieźle pasowała.

 Nie przypominał sobie, by kupował skórzaną kurtkę. A wszystko, co kiedykolwiek nosił na sobie – wisiało na nim, jak na wieszaku.

 Ale czuł się w niej dobrze. Pasowała. Pasowała, jak mało co. Pasowała też brukowana ulica, na której mężczyzna stał; nachylające się nad nim kamienice, przypominające stare, padlinożerne ptaszydła czychające na okazję; mroźny, zimowy poranek, wyciskający łzy z oczu i niemal je zmrażający; prawie bolesne, białe światło rozpoczynającego się dnia; nawet cieżkie, okute buty, które mężczyzna miał na nogach były – jakby – na miejscu.

 Ale coś nie pasowało do tej sceny. Coś wślizgiwało się niepokojąco do świadomości, niczym kłamstwo w wyznanie miłości.

 Mężczyzna spojrzał na swoje dłonie. Wykrzywił usta.

 Dłonie. Dłonie nie pasowały.

 Były duże i masywne. Skóra na grzbietach była nieco zniszczona i popękana, zaś paznokcie ciężkie i zadbane.

 Zgrzytnął zębami. To nie były jego dłonie. Jego były drobniejsze. Słabsze.

  Z gardła wydobył mu się cichy warkot. Coś niespotykanego. Jakby głos też nie należał do niego.

 Dotknął z ociąganiem policzka. Natychmiast rozejrzał się po otoczeniu dzikim wzrokiem.

 Szyba wystawowa. Podszedł do niej wolnym, zmęczonym niemal krokiem.

 Odbicie…

 Odbicie było jego. Lub nie.

 To, co widział w szybie było jego twarzą – ale postarzoną o pięc lat, okraszoną kilkudniowym zarostem i dużo bardziej męską. Dużo bardziej paskudną. Dużo bardziej złą.

 Nie swoimi dłońmi poprawił długie, przypominające sierśc włosy.

 Spróbował uśmiechnąc się na próbę. W szybie, jego sobowtór, wyszczerzył zęby w najgorszym możliwym do wyobrażenia złowrogim uśmiechu.

 Mężczyzna wiedział, że nie tak powinien wyglądac.

 Potrząsnął głową. Nigdy nie przywiązywał wagi do czegokolwiek. Do tego także nie zamierzał.

 Wszystkie szczegóły pasowały do siebie. Miał coś do zrobienia.

 Gdyby tylko jeszcze mógł sobie przypomniec, jak się tu znalazł… Albo jak powinien wyglądac… Albo kim właściwie jest…

 Powoli odwrócił się, unosząc krzaczaste brwi i uśmiechając się lekko.

 Te szczegóły nie były ważne. Miał coś do zrobienia.

 I, zapewne, niedługo będzie wiedział, co.

 

 Ruszył przed siebie, w dół ulicy. Wybudowane milenium temu miasto przywitało go jak swego, jak częśc siebie – mimo, iż mężczyzna był wiele młodszy…

 …Chyba.

Cisnęło…

styczeń 8, 2009

…daleko.

 

 Orbitujesz. Jesteś tak daleko od czegokolwiek. Rzuciło Cię z taką mocą… A jednak nic Ci się nie stało.

 Orbitujesz. Daleko poza światem, poza tym, co znasz. Poza tym co się składało na Ciebie.

 Wiesz, że wiele kilometrów pod Tobą, na tym skrawku ziemi panuje zima. Cholerna, okrutna, zmrażająca ślinę w ustach i zamieniająca oczy w kulki lodu zima. Wszyscy narzekają na mrozy – możesz sobie wyobrazic te zmęczone głosy, lekko brzmiące zdenerwowaniem na klimat… Te wzruszania ramionami, zagrzebywanie dłoni byle głębiej w kieszeniach.

 Ale tu jest zimniej. Tutaj, wszak, jest próżnia. Tutaj musi byc zimniej. Pewnie jest.

 Choc tego nie czujesz… Mógłbyś odczuwac lekką dumę, że nie narzekasz, jak oni.

 Ale orbitujesz. Tak daleko od wszystkiego. Od narzekania też.

 Ziemia stąd jest jakaś taka szara. Nawet łądnych widoków nie masz.